Piotr Krasko: Najlepiej czuje się na Mazurach

2010-05-06 13:10:52

Piotr Kraśko, jako korespondent TVP zwiedził niemal cały świat. Mimo to, najlepiej czuje się w malutkim Gałkowie, na Mazurach. Tam spotkał miłość swojego życia i spędza większość wolnego czasu.

Piotr Krasko: Najlepiej czuje się na Mazurach

Autor zdjęcia: ZW

— Był Pan korespondentem z Waszyngtonu, ale jeździł Pan również w inne o wiele bardziej egzotyczne i niebezpieczne miejsca. Przygotowywał Pan materiały z Bliskiego Wschodu, wojny w Rwandzie, zamachów w Londynie.
— To prawda. Wiele razy byłem na Bliskim Wschodzie. W Izraelu, Libanie, Syrii, Jordanii, w Stefie Gazy, na terenie Autonomii Palestyńskiej, w Iraku. To chyba właśnie jest część świata, która — może trochę zaskoczę — jest mi najbliższa. Uważam, że dla reportera nie ma miejsca bardziej fascynującego i tragicznego, bo tam nadzieja na pokój naprawdę jest coraz mniejsza. W zupełnie inny sposób, ale także fantastycznym krajem dla korespondenta są Stany Zjednoczone. To taki niekończący się eksperyment budowania państwa. To z jednej strony Waszyngton i wielka polityka, loty w kosmos z Przylądka Canaveral na Florydzie, huragany, świat filmu w Los Angeles, Dolina Śmierci i Texas, gdzie życie wygląda czasem dość podobnie do tego, co widzieliśmy w westernach.

— Ale pewnie w Afryce było najbardziej niebezpiecznie?
— W Rwandzie i Kongo byłem, gdy wybuchła tam wojna, a na Saharze — relacjonując rajd Paryż- Dakar. Wtedy przejechaliśmy z ekipą naprawdę kawał kontynentu. W Rwandzie natomiast, kiedy już zrobiliśmy materiał, na nowo zaczęły się walki. Mieliśmy wrócić stamtąd ostatnim samolotem Organizacji Narodów Zjednoczonych, która zarządziła ewakuację swojego personelu. Musieliśmy czekać 24 godziny, a nie wiadomo było, czy w ogóle pozwolą nam wejść na pokład. Kiedy spaliśmy z operatorem w domu, gdzie były tylko dwa łóżka, marzyliśmy tylko o tym, żeby przejść się Nowym Światem i kupić butelkę wody mineralnej.
— Jakie jeszcze przeżycia siedzą w Panu do dziś?

— Na pewno te z Bejrutu, kiedy były tam bombardowania. Pamiętam kierowcę karetki, który pojechał w miejsce bombardowania, żeby ratować konwój uciekających ludzi ostrzelanych przez Izrael. Niestety, kiedy dotarła tam karetka, znowu uderzyła bomba i kierowca karetki stracił nogi. Niebywałym przeżyciem był pobyt w Tajlandii po przejściu tsunami. Pamiętam, że po kataklizmie na każdym kroku natrafiało się na tablice wyklejone zdjęciami osób, które zaginęły. Tuż obok nich szpitale wystawiały tablice ze zdjęciami ciał, które znaleziono. Najpierw rodziny szukały bliskich na tych pierwszych tablicach, podchodząc do nich z nadzieją, a potem podchodziły parę metrów dalej i szukały swoich bliskich na tej drugiej tablicy.
— Po ujrzeniu takich widoków można się jeszcze normalnie cieszyć życiem?
— Może właśnie, jak zobaczyło się takie rzeczy dopiero docenia się normalne, zwykłe przyjemności i radości życia. Dla mnie na przykład nie ma teraz piękniejszego widoku niż skrzyżowanie dróg w Gałkowie z widokiem na łąkę, gdzie pasą się konie i las, który widać w oddali. To najpiękniejsze miejsce na świecie.
— Tu poznał Pan swoją narzeczoną?
— Poznaliśmy się chyba dziesięć lat temu w… stadninie. To było dosyć śmieszne, bo przyjechałem do Rucianego Nidy, żeby zrobić patent żeglarski. Pewnego dnia był straszny deszcz i postanowiliśmy zrobić sobie przerwę w pływaniu i coś zjeść. Słyszeliśmy, że niedaleko jest wspaniała restauracja przy stadninie koni, więc wybraliśmy się tam. Zobaczyłem konie, zrobiłem szybko patent i potem już więcej nie wsiadłem na łódkę.
— No tak, ale są państwo razem dopiero trzy lata, a nie dziesięć.
— Oczywiście, na początku przyjeżdżałem tu uczyć się jazdy konnej. Przez wiele lat byłem uczniem, a Karolina była moim instruktorem. Potem sam zostałem instruktorem jazdy konnej. I tak połączyła nas wspólna pasja. Z moich papierów na instruktora najbardziej ucieszyła się jednak moja babcia, która stwierdziła, że wreszcie mam konkretny zawód (śmiech).
— A gdzie jest teraz Pana dom?
— W Gałkowie. To najcudowniejsze miejsce na świecie. Warmia i Mazury są mi naprawdę bardzo bliskie. Na pewno kiedyś przeniosę się tu na stałe z Warszawy. Zresztą już prawie tak się stało. Zdarza się, że wyjeżdżam z Gałkowa o 6 rano, o 9 jestem w Warszawie, a wieczorem znowu wracam do Gałkowa.

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. an #44078 | 89.73.*.* 27 sie 2010 17:46

    zazdroszcze koni...

    ! - + odpowiedz na ten komentarz